dzień 44.
i spadł śnieg, i stopniał.
i zabrakło czasu na notatki.
dzień 44.
zdrowie i chemia.
radość, jakiej nie było od 7 lat. musiałam zbić wtedy jakieś lustro, pojechać w kilka miejsc i zostać z tym, kto trzymał broń w ustach. musiałam pozwolić sobie na zostawienie wszystkiego, łącznie z miłością do -- i ze mną samą, by nastąpiło dziś i by było właśnie Takie.
uchylono drzwi, a ja zechciałam opuścić siódmy krąg piekła, co brzmi jak pretensjonalny dramat, a tak dobrze oddaje stan na dzień 44.
dzień 26.
czekanie na pierwszy śnieg.
(stan, w którym opadają mi nogi, uginają się pode mną ręce. pogody ducha starcza na 30 minut dziennie, a przed wysłaniem firmowego maila konsultuję jego treść z koleżanką zza biurka, która orzeka, czy nie przeładowałam wiadomości złośliwościami.)
potrzebuję pozytywnego impulsu.
albo solidnego kopniaka, bo nie ustępuje wrażenie, że zawisłam nad dnem i ani się z niego odbić, ani na nie ostatecznie opaść nie mogę.
dzień 20.
jak dzień 7.
w pracy wydawało mi się, że w domu mogłabym pisać, w domu chciało mi się już tylko spać.
/nieoddzwonięnieoddzwonięnawetjeśliznówjesteśwszpitaluimniepotrzebujesznawetjeślinaszkrólikmarakanawetjeślizabrakłocimiejscawszafieichceszwyrzucićmojeglanynawetjeślichceszmioddaćkluczelubodzyskaćswojenawetjeślipodcinaszsobieżyłyjajużnieoddzwonię.
dzień 17.
w którym sprawdzano moją tolerancję na rodzinę i okazało się, że jest ona niezmiennie bardzo niska.
/ wystarczy się poddać. przyjdzie czas na wszystkie ołtarze.
dzień 16.
w którym zaprzestałam analizowania, czy z punktu widzenia etyki moja bezpośredniość może być cnotą.
dzień 12.
dzień, w którym okazało się, że gadatliwy i niechlujny malarz pokojowy zarabia niemal 6 razy więcej ode mnie.
/ poza tym: cieszę się, że żyjesz. wywnioskowałam to z pojawienia się all is full of love w Twoim profilu na last.fm.
/ the white birch, your spain, mój soundtrack wieczorny, całkiem niechcący.
dzień 11.
dzień, w którym uzyskałam spokój ducha. inaczej: dzień, który spłynął po mnie jak po kaczce. z wszelkimi brakami oraz spięciami.