niepozorny, niewyznaczony dzień, w którym drobne zdarzenie uświadamia więcej niż kiedykolwiek chciałoby się wiedzieć:
poza imieniem, nazwiskiem, numerem NIP oraz PESEL nic z tego, kim się było wcześniej, nie zostało.
orkiestra w ruinach to ty. grasz, ale twoje dźwięki tłumione są przez warstwę pyłu i grudy wilgotnej, pełnej drobnych korzeni ziemi.
po wybuchu.
do tego śnieg.
powoli.
[call alice
when she was just small]
jesteś do siebie tak niepodobna. każdego dnia.
każdego dnia przyglądasz się sobie i jak bohater hughesa odchodzisz w śnieżycę, by sprawdzić, czy widzisz jeszcze krzesło.
lustro. własne dłonie.
coraz słabiej.
/ mały krajobraz ze śniegiem

[..] w każdym z nas jest coś z podrzutka. Uczestnicząc w kulturze, umiejętnie pokrywamy swoją obcość.
raz, desired constellation.
dwa, seahorse.
trzy, hearing damage.
siedem, wielkie słowa na końcu języka.
dużo pić, popijać, przełykać je i topić.
3 dni doskonałej izolacji.
5 świątecznych płyt sufjana i mnóstwo innych, chyba tylko bon ivera brakuje. ckliwości, słodkości, melankolije. na szczęście jest hiver, wolno udawać, że sypie śnieg, że w domu ciepło i dom, a w chwilach skrajnej słabości wolno słuchać nawet franka.
wolno zakopać się pod kocem, obłożyć czekoladkami, inktensami, książkami i cieszyć się wszystkimi spotkaniami w gronie rodziny oraz znajomych, na które się nie poszło. zostało się jednak zaproszonym, co jest dość miłe, szczególnie, że co roku konsekwentnie odmawia się we wszelkich zlotach małych i dużych udziału.
wolno dziękować za i odpowiadać na życzenia od.
wolno prowadzić leniwe, pozbawione sensu rozmowy telefoniczne, układać składankę z piosenkami dot. płuc (radiohead, florence + the machine, ew. the the, an horse, the knife i co dalej?), sprawdzać w guglach, czy podczas drenażu płuc wolno palić? i czekać na powrót.
Twój.
żecię
od mgnienia oka
szkicowego obrysu podziemnym miastem
pewności nagle zdobytej:
to Ty który siedzisz
to ja która idę
(période rose, 1905
powracająca pierwsza wersja
na ścianie gabinetu gertrudy stein)
żecię
rozpoznaję w przeszłości
w czerni i bieli z odłącznym papierosem
a gdy nakładasz się jak przezrocze
na starą fotografię i wszystko się zgadza
przychodzi mi na myśl alchemia
heliotropizm traw
przeloty ptaków wędrownych
nad kontynentami
żecię
również w noce postawione pod ścianą
do której pęknięć przykładam rękę
jeszcze świtem nasłuchuję
piasek osypuje się ze szczelin
poniżej Twojego oddechu
(jednym słowem:
cieszęsiężeCięwidzę)